„Wycieczka za miasto, kocia rodzina i typowy kanapowiec”

Pierwszą część przygód Zosi i jej psa o imieniu Dino znajdziecie TUTAJ. 🙂

Ostatni tydzień wakacji Zosia spędzała z tatą, który poprosił w pracy o dodatkowy urlop. Otrzymał go bez żadnego problemu. W razie, gdyby tak się nie stało dziewczynka miała pojechać do dziadków, którzy mieszkali jakieś dwie godziny drogi stąd. Uwielbiała do nich jeździć. Miała tam też swoje koleżanki. I nic nie stałoby na przeszkodzie, żeby pobyła z babcią i dziadkiem ostatnie cztery dni wakacji, gdyby nie fakt, że umówiła się z Justynką i panem Staszkiem. Dziś miała jechać z nimi w odwiedziny do kociej rodziny.

 

Zgodnie z pierwotnym planem z córką miała zostać mama. Okazało się jednak, że nie udało się jej zakończyć jakiegoś ważnego projektu o czasie i musiała zrezygnować z wolnego. To miał być czas przygotowań do piątkowego rozpoczęcia roku szkolnego połączony z pierwszymi poważnymi szkolnymi zakupami. Przygotowania musiały zostać zatem skrócone i ograniczone do jednej popołudniowej wizyty w centrum handlowym.

 

Zosia lubiła spędzać czas zarówno z mamą jak i z tatą. Obydwoje zawsze mieli jakieś ciekawe pomysły. Mama bardziej uzdolniona plastycznie wymyślała coraz to nowe kreatywne zadania. I tak były na przykład zwierzęta z papieru, bransoletki z makaronu, wazon z butelki ozdobiony włóczką, który tak się spodobał babci, że Zosia postanowiła go jej podarować na zbliżający się wtedy Dzień Babci. Było to jakiś czas temu i od tego momentu w rodzinie obowiązywały prezenty tylko takie, które dziewczynka zrobiła sama. Takie są przecież najfajniejsze. Tak więc pewnego razu dziadek otrzymał otwieraną laurkę z namalowanym pięknym autem, o którym zawsze marzył, tata z kolei breloczek w kształcie kierownicy do kluczyków od samochodu, a mama piękne kwiaty wykonane z bibuły.

 

Czas spędzony z tatą też był ciekawy. Z racji wykonywanego zawodu architekta lepiej sprawdzał się w budowaniu z klocków wszelkiego rodzaju budowli. Ileż to pięknych domów dla małych ludzików, pałaców dla księżniczek czy stacji kolejowych powstało w pokoju Zosi to aż trudno zliczyć. A ile potem różnych ciekawych historii i opowiadań…

 

Zosia oczywiście najlepiej lubiła, kiedy obydwoje rodzice byli z nią w domu i zawsze bardzo cieszyła się na weekendy, bo wtedy na pewno żadne z nich nie szło do pracy. Z tej opcji też najbardziej cieszył się i Dino. Uwielbiał jak wszyscy domownicy byli w domu. Zawsze to więcej rąk do rzucania świecącej piłki no i do drapania za uchem, za czym szalał niezmiernie.

– Hau, hau… Zosiu, wstawaj, już czas! – wołał po psiemu Dino jak co dzień wskakując na łóżko dziewczynki. Jednak dziś na pyszczku kudłacza widać było wyraźny niepokój… Zachowywał się jakoś nieswojo… – Obiecałaś mi, obiecałaś, że dziś pójdziesz z tatą na moją poranną toaletę!

– Dino, piesku, jeszcze trzy minuty. Ciężko mi podnieść powieki… Spać… – wyszeptała jeszcze zaspana Zosia.

Pies jak zwykle nie dawał za wygraną. Wskoczył na łóżko i zaczął drapać kołdrę łapami, jakby grzebał w ziemi. Po chwili jego pańcia była już cała odkryta, a kolorowa kołdra leżała na podłodze.

– Już, już, już idę – powiedziała Zosia i zaczęła powoli otwierać oczy.

– Hau, hau… Ja tylko ostrzegam, że to coś się zbliża, a w zasadzie jest już bardzo, bardzo blisko… Zosiu, siku nadchodzi! Wstawaj!

 

Na szczęście dziewczynka doskonale znała swojego przyjaciela i dobrze wiedziała, co oznacza jego dziwne poranne zachowanie. Było tylko jedno, jedyne wytłumaczenie tej sytuacji. Siku naprawdę nadchodziło! To był z pewnością tak zwany ten ostatni dzwonek…

– Już, już… Dino, piesku, już – mówiła coraz szybciej wstając w pośpiechu z łóżka. Chwilę później Zosia była już gotowa do wyjścia.

 

– Tato! Tato! – zawołała wybiegając ze swojego pokoju. Dino wyleciał niemal jak odrzutowiec za swoją pańcią merdając ogonem w sposób, jaki tylko on potrafił.

 

Tata krzątał się po kuchni i właśnie kończył robić herbaty. Będą stygły podczas ich porannego spaceru. Ulubione kanapki córeczki z twarożkiem i szczypiorkiem już czekały na talerzu.

 

– Ooo! Już jesteś! Wysłałem kudłacza, żeby cię obudził. Widzę, że poradził sobie z tym całkiem szybko – powiedział tata i się uśmiechnął.

– Dzięki tato! – zawołała wesoło Zosia i w podskokach pobiegła do łazienki.

– Chodźmy już, chodźmy… Już czas na poranną toaletę naszego kudłacza – pośpieszał tata.

– Hau, hau… Tak, już czas, już czas – zdawał się wołać pies, który znowu zaczął merdać ogonem w sposób znany tylko sobie i podskakiwał bez przerwy. Tata uspokoił go trochę, bo inaczej w ogóle nie mógłby założyć obroży ze smyczą.

 

Chwilę później cała trójka brała już udział w wyścigu do windy. Pierwszy jak zwykle dobiegł Dino, no ale że nie umiał nacisnąć czerwonego przycisku, zwyciężyła Zosia. Z radości podskoczyła aż trzy razy i przybiła z tatą piątkę. Przy wysiadaniu brylował natomiast jak zawsze pies, który otworzył ciężkie, blaszane drzwi swoim czarnym nosem. Przynajmniej tak mu się wydawało…

 

– Ooo! Dzień dobry panu, witaj Zosieńko, cześć bohaterze – przywitał się pan Staszek, który właśnie wchodził z dworu.

– Dzień dobry! – zawołała wesoło Zosia. Tata skinął głową, a Dino zaszczekał trzy razy i zamerdał ogonem. – Panie Staszku, czy dzisiejsza wycieczka jest aktualna? – chciała się upewnić dziewczynka.

– Ależ naturalnie! Justysia już się chyba szykuje. Z tego, co wiem, Mikołaj też się z nami wybiera. Będzie razem ze mną pomagał wujkowi w ogrodzie.

– O to wspaniale! Szykuje się ciekawy dzień Zosiu – powiedział zadowolony tata.

– Tak! Wreszcie zobaczymy naszą Pchełkę i jej maluszki. Stęskniłam się już za nimi.

– Hau, hau… Ja też, ja też chcę zobaczyć, co tam u naszej kociej rodzinki. To przecież ja, ich bohater i wybawca! Nie może mnie tam dziś zabraknąć – zaczął głośno szczekać Dino.

– Oj chyba on też chciałby pojechać – powiedział pan Staszek wskazując na psa.

– Myślę, że nasz kudłacz wariuje z zupełnie innego powodu… Musimy już iść… Poranna toaleta… – wytłumaczył tata i lekko przyciągnął psa do siebie. No cóż… Nie do końca rozumiał psi język…

– Dobrze Dino, zobaczymy co da się zrobić – szepnęła do ucha przyjaciela Zosia. – Chodźmy już, chodźmy – powiedziała na głos do taty.

– Zosiu, widzimy się zatem niedługo. Spotykamy się za godzinę – powiedział na chwilowe pożegnanie dziadek Justynki.

– Oczywiście! – zawołała dziewczynka oddalając się w podskokach z będącym w potrzebie kudłaczem. Swoją drogą on też oczywiście podskakiwał i szybko merdał przy tym ogonem.

 

Wreszcie… Po skończonej toalecie Dina, wszyscy pośpiesznie skierowali się w stronę osiedlowej furtki. I tym razem podskoków nie było końca. Pośpiesznie podskakiwała Zosia, w podskokach biegł Dino i nawet tata zaczął podskakiwać idąc szybciej.

 

– Dzień dobry! – zawołał Mikołaj, który szedł właśnie w stronę samochodu dziadka niosąc jakieś wypchane po brzegi torby.

– Dzień dobry! – odpowiedzieli chórem.

– Chodź piesku – powiedział do Dino, który pobiegł w jego stronę domagając się porannych uścisków. Kudłaczowi brat Justynki od samego początku wyraźnie przypadł do gustu. – Jedziesz z nami, łobuziaku? – zwrócił się do Dina cały czas nieustannie go ściskając i drapiąc za uchem.

– Oj chyba nie… – wtrącił tata.

– Ale jak to? Wujek Janek ma dwa psy. Uwielbiają zabawy i są bardzo łagodne – powiedział Mikołaj nieco zawiedziony.

– Hau, hau… – odezwał się kudłacz.

– No właśnie, nasza psina raczej do łagodnych i spokojnych nie należy. Zawsze ją najpierw słychać, potem dopiero widać – zaśmiał się tata.

– Proszę pana, ja już otrzymałem zgodę cioci Marty i ona czeka z niecierpliwością, aż pozna naszego osiedlowego bohatera i wybawcę kociej rodziny. Nie możemy zrobić jej przykrości… – odpowiedział poważnie Mikołaj uśmiechając się do Zosi.

– No cóż… Skoro tak… A pan Staszek? Czy w ogóle Dino zmieści się do auta?

– Dziadek powiedział mi przed chwilą, że jak tylko pan się zgodzi, osiedlowy bohater jedzie z nami. Miejsce w samochodzie też się znajdzie. Dla naszego kudłacza nawet miejsce honorowe.

– Hmm… No dobrze… Niech i tak będzie. Zgadzam się. Tylko pilnujcie go proszę. Dino, bądź grzeczny i się słuchaj – powiedział tata i popatrzył na psa.

– Hau, hau… Dziękuję… Zobaczę kocią rodzinę… Zaraz, zaraz… dwa psy? Mają dwa psy? Super! Będę miał nowych przyjaciół! Będę miał nowych przyjaciół! – nie posiadał się z radości.

– Widzisz piesku, mówiłam ci… Pojedziesz z nami – szepnęła mu do ucha Zosia, kiedy wchodzili do widny.

 

Choć była jeszcze godzina, Zosia musiała zdążyć ze wszystkim, co założyła sobie poprzedniego dnia. Miała jeszcze w planach dokończyć zabawki z włóczki dla kociaków. Wczoraj do późna jeździły z Justynką na hulajnogach, a kiedy wróciła do domu była zbyt zmęczona, żeby dokończyć włóczkowe upominki. Zresztą, jazda na hulajnogach przy prawie ciemnym niebie była wczoraj obowiązkowa. Dziewczynki sprawdzały zamontowane w swoich pojazdach kolorowe światełka. Były to lampki w kształcie gwiazdek, które pan Staszek przyczepił im do kierownic. Teraz hulajnogi świeciły, jak żadne inne, a dziewczynki widać było z daleka.

 

Ale wracając do poranku, Zosia miała też pamiętać o spakowaniu piernikowych ciastek, które upiekła z mamą dla pana Janka i pani Marty, jego żony. Czasu było więc wcale nie tak dużo…

 

Kiedy tata z Zosią weszli do mieszkania (zaraz po tym oczywiście, jak silny pies otworzył swoim czarnym nosem wielkie blaszane drzwi windy) od razu skierowali się w stronę kuchni. Herbata była już akurat do picia, a przepysznie wyglądające kanapki aż prosiły, żeby zjeść je jak najszybciej. Nie tracąc czasu, usiedli przy stole i zaczęli zajadać.

– Dino, piesku… Nie, nie zapomnieliśmy o tobie. Proszę, twoje śniadanie – powiedział tata i wyłożył do zielonej miski karmę z puszki.

– Hau, hau… Moja ulubiona! Mniam! Chociaż, gdybyście mieli jakąś wędlinkę, kiełbaskę, mięsko, chociaż kawałek…

– Jedz maluchu, żebyś nie był głodny. Tam jest tyle miejsca do biegania, że musisz mieć dużo siły, żeby zwiedzić całe podwórko i wielki ogród – ogłosił tata i pogłaskał psa.

– Hau, hau… Mówiłem o kawałku mięska? Nie… Nic z tych rzeczy. Jem, jem, oczywiście. Zjem wszystko i zaraz będę gotowy. Hau, hau… Dużo miejsca do biegania. No przecież to jest jak jakiś cudowny sen! – zaszczekał wesoło i zabrał się do jedzenia swojej porcji.

 

Po śniadaniu Zosia zabrała się za dokańczanie przygotowywanych od wczoraj upominków dla kociaków. Poszło jej wyjątkowo szybko i za kilka chwil mogła zająć się już pakowam torby, w której na samej górze ułożyła pudełko z ciasteczkami dla pana Janka i pani Marty.

 

„Dryń, dryń, dryń” – zadzwonił domofon.

– Zosia już kończy się pakować, już idzie… Dino? Dino też już spakowany. W torebce ma swoją miskę na wodę i kilka przysmaków dla swoich nowych kolegów… Dobrze, za chwilę będziemy na dole – powiedział tata do słuchawki. – Córciu, wszystko gotowe? – zwrócił się do Zosi.

– Tak, już wszystko mamy. Możemy wyruszać w drogę! – zawołała wesoło. – Tylko pamiętaj, zjedz obiad, jak mówiła mama – dodała i mocno przytuliła się do taty.

– Oczywiście, zrobię wszystko według waszych wskazówek. No chodźmy już, chodźmy!

Dino nie posiadał się z radości. Skakał i merdał ogonem, że znowu nie można mu było zapiąć smyczy. Kiedy „akcja smycz” została zakończona pozytywnie, tata wziął torby obydwu podróżników i wszyscy wyszli z mieszkania.

Tym razem w wyścigu do windy brała udział tylko Zosia i kudłacz. Kiedy tata zamykał drzwi na klucz, oni stali już przy blaszanych drzwiach. Obydwoje nie mogli się doczekać podróży.

 

– Cześć! Jesteście wreszcie! – przywitała przyjaciółkę Justynka, jak tylko Dino otworzył czarnym nosem wielkie blaszane drzwi windy.  – Czekam i czekam…. Hmm… Dzień dobry – zwróciła się do taty Zosi, który w windzie trzymał torby przed sobą, że zasłaniały mu całą głowę.

– Dzień dobry – odpowiedział wychylając się spod pakunków.

– Cześć Justyś! Mamy przecież jeszcze dziesięć minut – powiedziała Zosia wychodząc z windy. Chociaż byli z Dino przed czasem, w zupełności rozumiała swoją przyjaciółkę, która też nie mogła się doczekać wyjazdu.

– Chodźcie, chodźcie, dajcie bagaże! – zawołał pan Staszek, który czekał już przy otwartym bagażniku swojego samochodu.

Tata przekazał mu torby kolejnych podróżników i poszedł do garażu po kocyk oraz specjalne szelki dla kudłacza.

Po jakimś dłuższym czasie wszyscy byli wreszcie gotowi, żeby wyruszyć w drogę. Ten jakiś dłuższy czas był potrzebny, żeby zamontować psie pasy, a potem upiąć w nie czworonożnego pasażera, który z radości chyba zapomniał, że jest to konieczne i służy jego bezpieczeństwu. Merdał ogonem i kręcił się w każdą stronę. No ale, jak tu nie skakać z radości, nawet na fotelu w samochodzie… Tam przecież już wszyscy na niego czekali… Pani Marta, która nie mogła się doczekać, aż pozna bohatera i wybawcę kociej rodziny, nowi przyjaciele, którzy też pewnie o nim niejedno słyszeli no i Pchełka z maluszkami rzecz jasna. Tyle powodów do radości na raz…

– Pa, pa – zawołała Zosia i pomachała tacie na pożegnanie.

– Pa, pa, bawcie się dobrze!

 

– Wszyscy gotowi? – zapytał pan Staszek odpalając silnik auta.

– Hau, hau… Oczywiście, że tak, jak można inaczej. Ja jestem już gotowy od wczoraj proszę pana… – zdawał się mówić kudłacz – podróżnik.

– Tak dziadku, gotowi i ciekawi dzisiejszego dnia – odpowiedział Mikołaj.

 

Podczas całej godzinnej podróży dyskusjom w samochodzie nie było końca. Pan Staszek opowiadał swoje historie z dzieciństwa, które bardzo zainteresowały pozostałych wycieczkowiczów. Nawet Dino w taki sposób patrzył na starszego pana, jakby wszystko rozumiał.

– Ale dziadku, jak to nie miałeś telewizora? – zapytał w końcu zdziwiony Mikołaj.

– Mój drogi, my mieliśmy tyle ciekawych rzeczy do zrobienia, że nawet gdybyśmy ten telewizor mieli, to pewnie i tak stałby nieużywany. Teraz dzieci zdecydowanie za dużo w niego patrzą – odpowiedział dziadek.

– No, ale wiesz… Tam są naprawdę fajne rzeczy. Szkoda tylko, że rodzice nie pozwalają mi obejrzeć wszystkiego co bym chciał – powiedział zawiedziony.

– I bardzo dobrze! Jest wiele ciekawszych rzeczy niż bezczynne oglądanie telewizji.

– No, a gry? Dziadku, gier też nie miałeś? – zdziwienie chłopca było coraz większe.

– Gry? Jakie gry? Wiesz kochany, gry to my mieliśmy na podwórku. Znaliśmy ich naprawdę dużo. I nie zamieniłbym ich na żadne inne. Graliśmy w zbijaka, chowanego, kapsle czy zośkę.

– W zośkę? – włączyła się do dyskusji Justynka, której zdziwienie było jeszcze większe niż brata. – Widzisz Zosiu, wiedziałaś? – zwróciła się do przyjaciółki.

Zosia tylko zachichotała.

– Niech was nie zmyli nazwa gry… To raczej gra dla chłopców – uśmiechnął się pan Staszek. – Gra polegała na odbijaniu nogami piłki w taki sposób, żeby nie upadła na ziemię. Ale co najważniejsze, nie była to zwykła piłka. Każdy z nas zrobił ją sobie sam. Wystarczyło trochę materiału, kaszy, ryżu czy po prostu piasku i już! Była gotowa!

– Ooo…! Brzmi fajnie! – zawołał Mikołaj. – Też taką zrobię. Dziadku pograsz ze mną?

– Ależ oczywiście! Byłem w tym najlepszy z całego podwórka! No, może teraz dam ci się nawet ograć – zaśmiał się pan Staszek.

– Hau, hau… Piłka? Czy ja coś słyszałem o piłce? Uwielbiam! Też chcę grać! – wesoło zaszczekał kudłacz.

 

Końcówka podróży upłynęła wszystkim na podziwianiu widoków za oknem. Po wyjechaniu z nieco głośnego miasta pojawiły się piękne, zielone tereny. Na pastwiskach pasły się krowy i biegały konie z małymi źrebakami. Ogrodzone drewnianym płotem wybiegi były naprawdę ogromne. Dalej widać też było kilkoro ludzi, którzy robili coś na polu. Wszyscy klęczeli lub kucali w równych od siebie odległościach i coś tam zbierali… Pan Staszek objaśnił wszystkim, że to były wykopki, czyli zbieranie ziemniaków. Opowiadał też, że kiedy był dzieckiem bardzo lubił żniwa. Choć nie wyglądały one tak jak w dzisiejszych, zmechanizowanych czasach i wymagały bardzo dużo pracy, zawsze czekał na te letnie dni, kiedy razem z bratem pomagał w polu rodzicom. Obserwował z zaciekawieniem, jak z małych ziarenek, które odwozili razem z tatą do młyna powstawała bielutka mąka, z której później mama z babcią piekły najpyszniejszy chleb na świecie.

Dzieci słuchały opowieści z wielkim zainteresowaniem. To przecież bardzo ważne, żeby wiedzieć skąd mamy różne rzeczy w sklepach, które później trafiają na nasze talerze.

 

– No proszę i jesteśmy! – zawołał pan Staszek, kiedy podjechali pod zieloną bramę. – Mikołaj, wyjdź proszę z auta i zadzwoń dzwonkiem. Jest tam przy furtce – zwrócił się do wnuczka.

Ale zanim chłopiec zdążył wydostać się z samochodu, pan Janek już szedł z kluczem od kłódki do bramy. Widać faktycznie, wszyscy już na nich czekali i wyglądali czerwonego samochodu będąc w gotowości do otwarcia bramy. Obok uśmiechniętego gospodarza biegły dwa średniej wielkości psy. Jeden był jak biszkopt, cały w takim biszkoptowym kolorze z długim merdającym ogonem. Drugi miał kolor czarny z widocznymi brązowo – białymi łatkami na łapach.

– Hau, hau… Moi nowi koledzy! Hej! Jestem tutaj! Jak się macie? – zaszczekał radośnie Dino, który nie mógł zobaczyć dokładnie swoich nowych przyjaciół, przez pasy i puszorek, które skutecznie ograniczały mu ruchy. No ale tak miało być, jak mówił tata. „Pasy powinny działać zgodnie z przeznaczeniem i chronić psa podczas podróży.”

 

– Dzień dobry wszystkim! – zawołał pan Janek, kiedy podróżnicy wysiedli już z auta. – Cześć nasz bohaterze! – powiedział do kudłacza. – Poznaj swoich nowych psich przyjaciół. To jest Biszkopt, a to Figo – wskazał na dwa psy, które z trudem siedziały grzecznie obok swojego pana. Nie mogły już wytrzymać, kiedy obwąchają nowego kumpla, o którym tyle ostatnio mówiło się w domu.

– Hau, hau… Cześć Biszkopt! Imię idealnie do ciebie pasuje przyjacielu. Figo? To brzmi trochę obco, to znaczy obcojęzycznie, tak… Hmm…  dostojnie – zaszczekał na powitanie.

– Hau, hau… Ooo! Kogo my tu widzimy? Bohater kociej rodziny! Wreszcie możemy cię poznać osobiście. Tyle o tobie mówiło się w domu, w ostatnim czasie, że już nie mogliśmy się doczekać, kiedy pojawisz się na naszym podwórku – zaczął Figo z wyraźnym dystansem i lekką ironią.

– Tak, musisz nam wszystko raz jeszcze opowiedzieć. W jaki sposób uratowałeś naszą Pchełkę i jej dzieci? Jak to się dokładnie stało? Czy długo ich szukałeś? – zaszczekał wesoło Biszkopt.

– Hau, hau… Jeszcze raz? Biszkopt… Nie chcę słuchać po raz kolejny tej opowieści. Znam ją już na pamięć. Ty zresztą też…

– Figo… Ja wiem, to koty… i wiem jak ty reagujesz na te włochate, ogoniaste stworzenia, ale nasza kocia rodzina jest przecież wyjątkowa, prze fajna, przecudowna i przesłodka, jak mówi pani Marta – nie ustępował Biszkopt. Stanął bliżej kudłacza i zaszczekał cichutko. -Wiesz, on trochę ci chyba zazdrości tego mieszkania w apartamencie. Podobno masz tam takie luksusy, o których my możemy tylko pomarzyć…

– Hau, hau… Wszystko wam opowiem. Będzie to niezwykle krótka historia o odnalezieniu kociaków, która wydarzyła się pewnej soboty – szczeknął głośno tak, że Figo zerknął na nich zaciekawiony. – Ale najpierw wy pokażcie mi swoje królestwo. Gdzie śpicie, gdzie jecie i gdzie biegacie całymi dniami, bo doszły mnie słuchy, że macie tu ogromne podwórko i jeszcze większy sad. Ja niestety takich dobrodziejstw nie posiadam. Mieszkanie w bloku, na trzecim piętrze… Widoki co prawda ciekawe, ale co mi po widokach… Jest też i taras, ale na nim to się raczej dużo nie nabiegam… A sikanie? Wyuczone… Trzy razy dziennie…

– Sikanie wyuczone? Aa… ten apartament? – zaszczekał zdziwiony Figo?

– Nie, nie… nic z tych rzeczy… Tak mówi tylko babcia Zosi, ale zdaniem taty mojej pańci to mówi tak dlatego, że chce się pochwalić przed swoją koleżanką, która podobno wiecznie opowiada, jakich to nie ma wnuków. Gdzie to nie oni, i co to nie oni… Dlatego to wszystko… Nie ma o czym mówić…

– Hau, hau… Chodźmy już wreszcie, mamy dużo do obejrzenia – zawołał Figo, który zdawał się być już nieco bardziej zadowolony.

 

A gdzie Dino? – zawołała Zosia rozglądając się wokoło za swoim przyjacielem.

– Jest tam! – wskazał pan Janek. – Nie musisz się o niego martwić. Jest pod dobrą opieką – uśmiechnął się i pokazał na swoje psy.

– Ależ nie… ja tylko… – zaczęła. – Tata mówił, żeby go pilnować, bo czasami przychodzą mu do głowy dość dziwne pomysły, takie jak chowanie czegoś w takim miejscu, że nawet on później nie wie, gdzie to położył. Kiedyś bardzo spodobała mu się pewna mała maskotka w kształcie jeża. Za każdym razem, kiedy ją widział, brał w zęby i gdzieś wynosił. A że był to breloczek mamy i były do niego przypięte kluczyki od auta, to zwykle takie akcje kończyły się porannym, szybkim szukaniem Jeżolca, bo tak jeż miał na imię. Znajdowaliśmy go właściwie wszędzie: w salonie za firanką, w kuchni w foliowych torebkach przy lodówce, u mnie w pokoju, w maskotkach. Pewnego razu, kiedy mama jechała na jakieś ważne spotkanie przeszukaliśmy całe mieszkanie chyba trzy razy. I nic… Dopiero kiedy tata kładł piżamę do kosza w łazience, okazało się, że Jeżolec leżał sobie wygodnie zawinięty w moją bluzkę, w której byłam poprzedniego dnia w przedszkolu.

– Hahaha… – pan Janek nie mógł wytrzymać ze śmiechu. – Pewnie wtedy nie było wam do śmiechu, ale powiem ci, że pomysłowy ten nasz bohater. Nie przejmuj się, na podwórku i w sadzie może robić co tylko zechce. Zobacz jak biegają, chyba grają w berka – wskazał na psy. – Nie będą mieli czasu myśleć o chowaniu czegokolwiek. Gorzej w domu… Tam Marta ma poukładane wszystko na swoim miejscu i gdyby ktoś jej coś poprzekładał, a co gorsza schował… Oj, nie radzę, wiem co mówię…

– Czego nie radzisz Janku? Czy ty aby przypadkiem nie zanudzasz naszych gości? – powiedziała pani Marta, która właśnie wyszła z domu i pomachała wszystkim na powitanie.

– Ależ nic… Tak sobie tylko rozmawiamy – powiedział gospodarz i puścił oko do Zosi.

– Witaj Zosiu! Bardzo się cieszę, że mogę w końcu cię poznać. Cześć Justynko! Chodź uściskaj ciocię! – zawołała pani Marta i przywitała się z dziewczynkami.

– Dzień dobry – odpowiedziała Zosia i podała cioci Justynki pudełko z ciasteczkami, która była wyraźnie zadowolona z tego upominku. Widać bardzo lubiła wypieki.

A Mikołaj? Gdzie nasz Mikołaj? – zapytała.

– Jak to gdzie? Razem ze Staszkiem buszują już po sadzie. Po prostu palą się do pracy. – Ooo! Tam są! – wskazał pan Janek.

– Hej, hej! – ledwo było słychać z sadu… Pan Staszek z wnuczkiem postawili skrzynkę z jabłkami na ziemi i pomachali do wszystkich.

– Widzę, że bardzo im się tam podoba – powiedziała pani Marta.

– Oj tak! Ciociu, przecież wiesz jak oni lubią pracować w sadzie. Nie mogli się doczekać już od wczoraj – rzekła Justynka.

– Już do was idę! – zawołał pan Janek. – Przepraszam moje panie, że was opuszczam, ale obowiązki wzywają – zażartował i ukłonił się wszystkim na odchodne.

 

I tak od tej chwili każdy miał jakieś ważne zadanie do wykonania. Dino z nowymi przyjaciółmi nie posiadał się ze szczęścia biegając i odkrywając nowe zakamarki podwórka i sadu. Okazało się, że były tam miejsca, o których według Biszkopta i Figo wiedzieli tylko oni dwaj. Wszystkie te ciekawe punkty na podwórkowej mapie zamierzali pokazać Dino. Zabawom nie było zatem końca…

 

Mikołaj z dziadkiem i wujkiem zbierali jabłka i gruszki, które już dojrzały i starannie układali je do przygotowanych wcześniej skrzynek. Jutro rano będzie je odbierał miejscowy właściciel sklepu, dlatego też dziś wszystko musiało być dla niego przygotowane.

 

A dziewczynki? One też nie nudziły się wcale… Razem z ciocią Justynki przygotowywały pyszny poczęstunek. Placuszki z gruszkami, bitą śmietaną i sosem czekoladowym miały wkroczyć na stół jako pierwsze. Później będą serwować ciepłą szarlotkę z lodami. Miały zatem pełne ręce roboty…

 

– Mniam… Szarlotka z jabłek prosto z drzewa – rozmarzyła się Zosia, kiedy poczuła zapach pieczonego ciasta.

– Tak, to prawda. Będzie pyszna… – odpowiedziała Justynka i też rozpłynęła się w tym cudownym aromacie jabłek i wanilii. Dziewczynki dodały do ciasta prawdziwej laski waniliowej, której zapach roznosił się po całym domu. Może nawet doleciał do sadu, bo z okna widać było jak Mikołaj coraz częściej patrzył w ich stronę… Czyżby i on poczuł aromat tego wyjątkowego jabłecznika?

 

– No dobrze moje kochane pomocnice – powiedziała pani Marta, kiedy ciasto już się dopiekało. Ja zaczynam smażyć placuszki z gruszkami, a was poproszę o przygotowanie stołu przed domem. Jest tak ciepło, że szkoda marnować tak pięknego dnia na siedzenie w domu. Zjemy dziś na tarasie. Zapewne wtedy te cudowne pyszności będą wam smakowały jeszcze bardziej…

Ciocia Justynki doskonale wiedziała, że jest to jeden ze skutecznych sposobów, dzięki którym jedzenie smakuje wyśmienicie. Zawsze kiedy jej syn Przemek był mały, a pogoda na to pozwalała wszystkie posiłki zajadali właśnie na tarasie. I co się okazało? Małemu niejadkowi, bo za takiego wówczas Przemek uchodził, wszystko smakowało wyśmienicie. Zajadał się nawet szpinakiem i brokułami. Stało się niemal tradycją, że zawsze na jego talerzu musiało być „coś zielonego”. Pani Marta za każdym razem z dumą opowiadała tą historię i podkreślała magię tarasowego stołu. Przemek z małego niejadka wyrósł  na lubiącego dobrą kuchnię mężczyznę. Został szefem kuchni w jednej z najbardziej znanych restauracji we Francji. Wyjechał tam na studiach, ożenił się i założył rodzinę. Miał dwójkę dzieci, córkę Sophie i małego Paula, który urodził się zaledwie dwa miesiące temu. Z racji odległości Przemek odwiedzał rodziców dość rzadko. Teraz, jak mówiła pani Marta, mieli przyjechać do nich na Boże Narodzenie, dopiero jak mały Paul trochę podrośnie.

 

– Mikołaj, Staszek, Janek! – zawołała ciocia Justynki niosąc talerz z pachnącymi placuszkami.

Nie trzeba było długo czekać, żeby wszyscy zasiedli przy tym pięknie przystrojonym stole. Dziewczynki przygotowały też bukiet z ogrodowych kwiatów, który w jasnoniebieskim wazonie postawiły w centralnym miejscu stołu. Wyglądał naprawdę przepięknie.

 

– Wujku, poproszę bitą śmietanę – zawołał Mikołaj, na którego talerzu leżały już dwa pachnące placuszki.

– A ja sos czekoladowy! – słychać było pana Staszka.

– Ja zjem chyba dziesięć – powiedział pan Janek. – Wyszły wam wyjątkowo przepyszne. Pachnące, smaczne, po prostu mniam, mniam, mniamniuśne…

– To wszystko dlatego, że pomagały mi Zosia i Justynka. Musicie częściej nas odwiedzać, bo ja sama takich zdecydowanie nie potrafię. Moi panowie, a nie próbowaliście jeszcze naszej wyśmienitej szarlotki – odpowiedziała dumna pani Marta.

– Już się nie możemy doczekać! Jeśli to jest ten zapach, który było czuć aż w sadzie, to ja na pewno zjem dwa kawałki – powiedział pan Staszek.

– A ja trzy! – dodał zadowolony Mikołaj.

I rzeczywiście tak też się stało… Po tym, jak ze stołu zniknęły wszystkie naleśniki, pani Marta podała ciepłą szarlotkę z lodami. Wszyscy zajadali się wybornie. Zachwytom nad smakiem ciasta nie było końca. Nawet psy poczuły ten wspaniały aromat i odkąd na stole pojawiła się szarlotka siedziały przy nogach swoich właścicieli i ani myślały o dalszym odkrywaniu podwórkowych zakamarków. No ale nie było to ciasto dla nich… Zosia przyniosła im za to pyszne psie smakołyki, które przywiozła z domu.

 

Po zjedzonym deserze wszyscy mieli w końcu zobaczyć Pchełkę i jej dzieci. Najedzeni i uśmiechnięci wstali zatem od stołu i ruszyli w stronę komórki pana Janka. Również i psy nie mogły się doczekać tych odwiedzin. Biegły przed wszystkimi i radośnie merdały ogonami. Dino dodatkowo podskakiwał w stylu jakim tylko on potrafił merdając przy tym znacząco ogonem.

– Chodź nasz bohaterze, zobaczysz swoich przyjaciół – powiedział cicho pan Janek i uchylił drzwi komórki. Zatrzymał psy w wejściu do pomieszczenia, żeby Pchełka nie przestraszyła się nagłych psich odwiedzin i powolutku podprowadził nieco bliżej każdego kudłacza.

– Siadajcie tutaj w bezpiecznej odległości – powiedział patrząc na psy, które zrozumiały sygnały pana i zaczęły cichutko obserwować kocią rodzinę.

– Chodźcie dzieci, podejdźcie bliżej. Zobaczcie jakie maluszki – szeptał pan Janek.

– Ojej, jakie słodziaki – wyszeptała Justynka.

– A jak mają na imię? Kto ty jesteś? A ty? I ty? – pokazał po kolei na wszystkie kotki Mikołaj.

– Hmm… No właśnie… Jeszcze ich nie nazwaliśmy… – odpowiedziała nieco zmieszana pani Marta. – Może wy macie jakieś pomysły?

– Widzę, że jeden jest cały czarny i ma białą kropkę na brzuszku… – wyszeptała zamyślona Zosia. – Może ten będzie Kropek?

– Świetnie, wręcz idealnie – w głosie pani Marty słychać było zachwyt.

– A ten…? Ten ma brązowe łatki. Może będzie miał na imię Łatek? – szeptała Justynka.

– Tak, bardzo pasuje mu to imię. Świetny pomysł – powiedział po cichutku pan Janek.

– A ten? Zobaczcie… On wygląda jak kulka… Puchata, okrągła, mięciutka… – rzekł cicho Mikołaj.

– Kulka… To idealne imię dla tego kociaka – wyszeptała pani Marta. Mamy już w takim razie wszystkie trzy imiona. Pchełko… Przedstawiam ci twoje dzieci… To jest Kropka, to Łatek, a to Kulka – pokazała na każdego kotka po kolei.

Wszyscy spojrzeli na siebie z zadowoleniem. Nawet siedzące z boku psy pomachały znacząco ogonami. Widać również i im imiona przypadły do gustu.

 

Dzieci nachyliły się raz jeszcze nad legowiskiem kociej rodziny. Chciały dokładnie zapamiętać ten wspaniały widok.

– Mam coś dla was, zobaczcie… – Zosia wyjęła z kieszeni włóczkowe upominki i położyła je do koszyka, obok kotków. – Jak tylko podrośniecie, będzie się bawić. To są wasze zabawki. Pchełka, pamiętaj tylko, że musi to być bezpieczna zabawa. Pilnuj swoje dzieci – dodała z uwagą, a wszyscy skinęli głowami na znak, że zgadzają się z tym stwierdzeniem.

Pan Janek, który wcześniej przykucnął przy kocim legowisku, wstał i podszedł do siedzącego pod ścianą Dina.

– Patrzcie kociaki, to wasz bohater – wyszeptał i wskazał na kudłacza. A pies…? No cóż, jak zwykle kiedy był chwalony podniósł głowę, wyprężył się i zamerdał puszystym ogonem. Wiedział doskonale, że tym razem szczekać mu nie wolno.

 

– Kochani, chodźmy już. Maluchy muszą się najeść i przespać – odezwał się pan Staszek. – A my, wnusiu mamy jeszcze coś do zrobienia – dodał i popatrzył na Mikołaja.

 

Kiedy wszyscy już wyszki, pan Janek przymknął z powrotem drzwi komórki. Była jeszcze godzina do odjazdu i wszyscy chcieli wykorzystać ten czas możliwie jak najlepiej.

Pan Staszek z bratem zaczęli szyć piłki do gry w zośkę, czemu z uwagą przypatrywał się Mikołaj. Obmyślał głośno o sposobach odbijania tej dziwnej piłki. Starsi panowie tylko uśmiechali się do siebie pod nosem. Byli przecież kiedyś mistrzami tej gry i już nie mogli się doczekać, kiedy pokażą młodemu pokoleniu jakie naprawdę są sztuczki dobrej zabawy.

Dziewczynki natomiast przy tarasowy stole skrupulatnie pisały przepis na placuszki gruszkowe i szarlotkę, które miały zrobić raz jeszcze z mamami w swoich domach. Ciocia Justynki dyktowała im całość bardzo dokładnie dodając przy tym, jak to mówiła, ważne szczegóły, które nie były napisane na jej kartce.

Biszkopt, Figo i Dino powrócili do odkrywania podwórkowych zakamarków i przypomnieli sobie o swoich pańciach dopiero w momencie trwania gry w zośkę. Psom również spodobała się ta zabawa… Były emocje, rywalizacja, było też i kibicowanie. Okazało się jednak, że zarówno dziadek Mikołaja jak i jego wujek nie dawali mu szans na wygraną… Po długich rozgrywkach wygrał pan Staszek, któremu w nagrodę pozostali dwaj uczestnicy wręczyli skrzynkę pięknych, dojrzałych jabłek oraz torbę soczystych gruszek.

 

Kiedy nagroda znajdowała się już w bagażniku czerwonego auta, nastał czas na pożegnanie. Uściskom nie było końca. Dzieci obiecały, że niebawem jak tylko minie kilka dni szkoły, znowu przyjadą w odwiedziny. Dziewczynki umówiły się z ciocią Justynki na pieczenie tarty jabłkowej i gruszkowych rogalików. Mikołaj zapowiadał, że wtedy na pewno ogra dziadka i wujka. Wziął nawet jedną piłkę do zośki, żeby mógł trenować przed blokiem. Nie wiedział, że również i dziadek schował swoją do kieszeni… Zapowiadała się zatem ciekawa rozgrywka…

 

Za kilka dni kotki będą też na tyle duże, że dzieci będą mogły się z nimi pobawić. Dziewczynki obiecały, że przygotują dla nich jeszcze jakieś inne  ciekawe zabawki.

 

– Chodź Dino, jedziemy! – zawołała Zosia, kiedy wszyscy szykowali się już do wsiadania, do samochodu pana Staszka.

Kudłacz właśnie odkrywał ostatni tajemniczy punkt na podwórkowej mapie. Było ich tyle, że nie był do końca pewien, jak wyglądał ten pierwszy czy nawet piąty i dziesiąty… No cóż… On również umówił się z nowymi przyjaciółmi na kolejną wizytę, podczas której raz jeszcze wspólnie obejrzą i obwąchają wszystkie podwórkowe zakamarki.

– Hau, hau… Cześć moi przyjaciele. Dziękuję za mile spędzony czas – zaszczekał wskakując na siedzenie w samochodzie.

– Hau, hau… Czekamy na ciebie nasz bohaterze. Jesteś naprawdę fajnym kudłaczem. Aha i dzięki za przysmaki. Były przepyszne! – powiedział po psiemu Figo, na którego pyszczku w ogóle nie było już widać żadnego grymasu. Jego pyszczek wyglądał tak, jakby pies uśmiechał się od ucha do ucha.

 

– Pa, pa! Do widzenia! Przyjedziemy za kilka dni! – wołały dzieci, kiedy pan Staszek odpalił już silnik. Wszyscy machali dopóki nie wjechali w zakręt i ani pani Marty, ani pana Janka, ani też Biszkopta i Figo nie było już widać.

 

– Dziadku, dziękujemy ci. To był wspaniały dzień – powiedziała zadowolona Justynka. Dzieci przytaknęły z radością, a Dino, któremu jak zawsze podczas jazdy puszorek blokował nieco ruchy, wesoło zaszczekał i delikatnie zamerdał ogonem.

– Nie ma sprawy, cieszę się, że wam się podobało – powiedział pan Staszek i się uśmiechnął.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *